Skradziona kultura. Jak Zachód wykorzystuje cudzą własność intelektualną - OpenLEX

Grzybczyk Katarzyna, Skradziona kultura. Jak Zachód wykorzystuje cudzą własność intelektualną

Monografie
Opublikowano: WKP 2021
Rodzaj: monografia
Autor monografii:

Skradziona kultura. Jak Zachód wykorzystuje cudzą własność intelektualną

Autor fragmentu:

Wprowadzenie

Zgodnie z definicjami słownikowymi przywłaszczenie jest to „przestępstwo polegające na bezprawnym rozporządzaniu jak swoją własnością cudzym mieniem ruchomym”, przywłaszczyć oznacza zaś „bezprawnie zabrać coś cudzego lub uzurpować sobie prawo do czegoś” . Przywłaszczenie jest zatem konstrukcją, której istota polega na włączeniu cudzego dobra do swojego majątku i takim sposobie postępowania z nim, jakby się było doń uprawnionym. Przywłaszczenia, w ujęciu prawnym, nie należy mylić z kradzieżą, które różnią się od siebie przede wszystkim elementem zaboru oraz przedmiotem.

O kradzieży można mówić wówczas, gdy przedmiotem jest cudza rzecz ruchoma o wartości majątkowej, czynność sprawcza polega zaś na zaborze, czyli wyjęciu rzeczy spod władztwa właściciela lub posiadacza i przejęciu we własne władztwo sprawcy . Zabór musi być dokonany bezprawnie, bez zgody właściciela lub posiadacza rzeczy .

Natomiast przywłaszczenie, zgodnie z regulacją prawnokarną, może dotyczyć zarówno rzeczy ruchomych, jak i praw majątkowych. W doktrynie wskazuje się, że nie ma tutaj elementu zaboru, a sprawca przywłaszczenia nie pozbawia władania osoby uprawnionej, lecz legalnie wchodzi w posiadanie przedmiotu. Przesłanką zastosowania przepisu art. 284 § 1 k.k., regulującego przywłaszczenie, jest posiadanie rzeczy ruchomej przez sprawcę .

Poza tymi konstrukcjami prawnokarnymi również w prawie cywilnym pojawia się określenie „zawłaszczenie”, będące jednym ze sposobów pierwotnego nabycia prawa własności. Zawłaszczenie (occupatio, konstrukcja zaczerpnięta z prawa rzymskiego prywatnego) dotyczy jedynie ruchomych rzeczy niczyich. Są to takie rzeczy, które zostały porzucone z zamiarem wyzbycia się prawa własności – zatem nie te, które mają właściciela, nawet jeśli nie jest możliwe ustalenie jego tożsamości. Niczyj jest także rój pszczół, który nie został odszukany przed upływem 3 dni od wyrojenia, oraz takie obiekty, które nigdy nie były przedmiotem własności, na przykład wyrzucone przez morze (bursztyn, muszle itp.), a także meteoryty .

Jednak w niniejszej pracy przywłaszczenie pojawia się w innym kontekście, zauważonym i opisanym nie przez prawników, lecz kulturoznawców, socjologów i medioznawców. Chodzi mianowicie o przywłaszczenia, które dotyczą dóbr niematerialnych, w tym zwłaszcza intelektualnych, takich jak tradycja, zwyczaje, symbole, wartości, a nawet skojarzenia. Choć zjawiska te nie są nowe, to badania nad nimi podjęte zostały dopiero w drugiej połowie XX wieku i dość nieśmiało wiedza na ten temat przebija się do społecznej świadomości. Zjawisko przywłaszczenia nie jest oceniane jednolicie, gdyż nie wszędzie na świecie występuje z taką samą intensywnością, wiele zatem zależy od uwarunkowań lokalnych. Jednak skutki przywłaszczenia dotykają wszystkich – ze względu na rozwój technologii i globalizację różnych dziedzin życia, takich jak moda, reklama, rozrywka, a to one właśnie przyczyniły się najbardziej do przywłaszczenia dóbr niematerialnych. Poruszony w opracowaniu temat nabrał szczególnego znaczenia kilka miesięcy temu, czego nie spodziewałam się, gdy zaczynałam je pisać.

„Czarne życia mają znaczenie”, https://pl.wikipedia.org/wiki/Black_Lives_Matter

W dniu 25.05.2020 r. w Minneapolis w stanie Minnesota 46-letni Afroamerykanin George Floyd został aresztowany i zmarł po 30 minutach, gdyż policjant przygwoździł go do ziemi, klęcząc na jego szyi. Mimo że Floyd ponad 20 razy powiedział, że nie może oddychać, biały funkcjonariusz nie zareagował . To wydarzenie wznieciło w Stanach Zjednoczonych (i nie tylko) protesty i zamieszki na ogromną skalę, a temat systemowej dyskryminacji Afroamerykanów powrócił na pierwsze strony gazet i stał się najważniejszym tematem analiz . O ruchu #BlackLivesMatters dowiedzieli się chyba wszyscy na świecie . I choć kwestia przywłaszczeń kulturowych nie jest tak poważna jak dyskryminacja rasowa, to jednak obie są ze sobą powiązane, ponieważ wynikają z poczucia przewagi jednej rasy nad drugą. W trakcie czytania tej książki czasem może nasuwać się myśl „i co w tym złego?” w reakcji na opisane zjawisko. Należy jednak pamiętać, że stosunek do innych ras, narodów, kultur przejawia się także w drobiazgach, które dla nas – przedstawicieli mimo wszystko uprzywilejowanej rasy – mogą być nieistotne, za to dla innych znaczyć bardzo wiele.

Procesem nieodłącznie związanym zarówno z przywłaszczeniem, jak i globalizacją (oraz różnymi innymi zjawiskami) jest komercjalizacja, która w ostatnich latach zrobiła zawrotną karierę, także w nauce i kulturze. Termin „komercjalizacja” nie posiada definicji legalnej. W doktrynie wskazuje się, że polega ona na „spowodowaniu, że coś, co ma potencjalną wartość i zdolność do przynoszenia zysku, zostanie sprzedane, wyprodukowane, udostępnione lub użytkowane w celu osiągnięcia zysku lub wykreowania kapitału” , natomiast zgodnie z definicją słownikową komercjalizacja to „oparcie działalności na zasadach rynkowych” . Powszechne rozumienie tego słowa dotyczy procesu polegającego na udostępnieniu innym podmiotom, głównie przedsiębiorcom, nowego produktu, metody czy rozwiązania w celu uzyskania korzyści majątkowych na zasadach rynkowych .

Choć można odnieść wrażenie, że komercjalizacja (w przeciwieństwie do przywłaszczenia) jest zjawiskiem pozytywnym, a w każdym razie nie negatywnym, wydaje się jednak, że taka ocena wymaga głębszej refleksji. Komercjalizacja oznacza bowiem podporządkowanie pewnych dziedzin i wycenę określonych dóbr pod kątem wartości rynkowej. Powinno się jednak pojawić pytanie, czy wartość rynkowa jest tym, co najważniejsze w życiu społecznym. Jeśli bowiem myślimy o transferze technologii, wówczas użyteczność rynkowa ma niewątpliwie kluczowe znaczenie, natomiast przy ocenie wiedzy, kultury, tradycji itp. raczej nie to powinno być priorytetem. Jednak ponieważ taki panuje trend, trudno się dziwić, że rekordy popularności bije twórczość Zenka Martyniuka, „autorskie kino” Patryka Vegi, w literaturze króluje Blanka Lipińska i „autobiografie” celebrytek, symbolem świąt jest gruby Mikołaj z Coca-Colą, a o historii i tradycjach innych narodów dzieci dowiadują się z filmów Disneya.

Także komercjalizacja wiedzy powoduje, że dobrze jest badać to, co się sprzeda. Pisanie o trudnych sprawach – zwłaszcza takich, które mogłyby dotykać czyichś interesów lub spowodować dyskomfort u czytającego – nie jest dobrze widziane ani przez pracodawcę, ani przez wydawcę.

Od dłuższego czasu pisze się o komercjalizacji dóbr osobistych polegającej na uznaniu majątkowego charakteru przynajmniej niektórych dóbr osobistych, takich jak np. wizerunek , choć ustawodawca zdaje się tego zjawiska nie dostrzegać. Poza skutkami społecznymi, które zasadniczo są przedmiotem niniejszego opracowania, komercjalizacja powinna rodzić także skutki w sferze prawa – uznanie, że np. dobra osobiste mają charakter majątkowy, może umożliwić ich zbywalność, a przynajmniej mogą stać się one przedmiotem umów o korzystanie. To stwierdzenie pozostaje jednak, moim zdaniem, w jawnej sprzeczności z normami prawnymi i całą teorią dóbr osobistych. Mimo to brak jakichkolwiek działań po stronie ustawodawcy .

Niewątpliwie w dobie szalejącego konsumpcjonizmu doszło do komercjalizacji świąt, uroczystości, obrzędów i tradycji. Zauważa się, że niecodzienna kiedyś sfera sacrum rozciągnęła się i poprzez zabiegi marketingowe oraz dla celów komercyjnych usiłuje się wydłużyć świąteczny okres, a przez to zaburzyć ustalone od wieków proporcje pomiędzy czasem codziennym i świątecznym. Zanika granica między porządkami sacrum i profanum, obie podporządkowano zakupom, konsumpcji oraz temu co przyziemne. Symbole religijne i tradycyjne wkraczają do miejsc, w których wcześniej nie istniały, jak np. reklamy czy moda, przez co tracą równocześnie swoje pierwotne znaczenie . Dobitnym tego przykładem jest postać świętego Mikołaja, który wielu (oby nie większości) znany jest jako „świąteczna twarz Coca-Coli”. A przecież to postać historyczna, biskup z Miry żyjący na przełomie III i IV stulecia.

Święty Mikołaj – historyczny i Coca-coli, https://pl.wikipedia.org/wiki/Miko%C5%82aj_z_Miry; https://incitrio.com/contemporary-santa-is-a-product-of-coca-cola-advertising/

Podobnie to proces komercjalizacji zmienił znaczenie Czarnego Piątku (Black Friday), czyniąc z niego chyba największe na świecie święto konsumpcjonizmu. Tymczasem Black Friday, obecnie dzień po Święcie Dziękczynienia, ustanowiony przez Abrahama Lincolna w ostatni czwartek listopada, dotyczył wydarzenia z 24.09.1869 r., kiedy to dwaj finansiści z Wall Street, spekulanci Jay Gould i James Fisk, doprowadzili do upadku amerykańskiego rynku złota, kupując wcześniej jego duże ilości i sprzedając po cenie o 20% niższej. To spowodowało gwałtowny spadek cen towarów o 50% . Inne źródła wskazują, że nazwa pochodzi od wydarzenia z 1621 r., kiedy to purytańscy kolonizatorzy Nowej Anglii zaprosili na ucztę dożynkową Indian z plemienia Wampanoag, a następnie urządzili rzeź, podczas której wymordowali wszystkich rdzennych mieszkańców, ponieważ chcieli zająć ich tereny . Niezależnie od tego, jak było w rzeczywistości, należy przyznać, że specjalistom od marketingu tragedię udało się przekuć w sukces, zaś sam Black Friday wciąż ewoluuje, zmieniając się w Black Weekend, Black Week, Cyber Monday itp.

Wydaje się, nie tylko na podstawie powyższych stwierdzeń, że pionierami komercjalizacji byli Amerykanie, choć może to stwierdzenie jest krzywdzące (jeśli ktoś postrzega to zjawisko jako negatywne). Niewątpliwie z tamtego kręgu kulturowego wyszedł merchandising, polegający na „wykorzystywaniu rozmaitych symboli, które mają siłę przyciągającą zainteresowanie potencjalnych nabywców towarów lub usług poza zakresem pierwotnego używania tych symboli” . Merchandising można by przetłumaczyć jako wtórną komercjalizację dóbr intelektualnych, znanych odbiorcy i przez niego rozpoznawanych. Za ojca nowoczesnego merchandisingu uznaje się Walta Disneya. Przewidział on korzyści ekonomiczne, które można uzyskać, udzielając zezwoleń na wykorzystywanie postaci z filmów rysunkowych do oznaczania przeróżnych produktów . On też, a dokładniej jego studio filmowe, jest jednym z tych, którzy w swoich filmach opartych na legendach czy historii innych narodów połączyli komercjalizację z przywłaszczeniami, najczęściej kulturowymi. Sztandarowym tego przykładem jest „Pocahontas” – film animowany zawłaszczający historię Indian z Ameryki Południowej oraz europejskich najeźdźców i komercjalizujący tragedię tych pierwszych w zgrabnej, romantycznej opowieści (por. dalej).

Pocahontas Disneya i prawdziwa postać – Mataoka, pseudonim Pocahontas, http://blog.nativepartnership.org/pocahontas-fact-fiction/

Nie oznacza to, że proces przywłaszczenia i komercjalizacji jest nieobecny na innych kontynentach i wśród innych narodów. Sprzyja temu, jak już wskazano, technologia, szybki dostęp do informacji i ich przepływ. To, co się pojawia w Stanach Zjednoczonych, wkrótce rozprzestrzenia się na całym świecie, wszędzie zatem dostrzeżono potencjał tkwiący w przywłaszczeniu różnych elementów i dóbr niematerialnych oraz ich komercjalizacji. Także w Polsce, choć ze względu na zasadniczo niezróżnicowaną strukturę społeczną, przynajmniej pod względem etnicznym, religijnym i kulturowym, przedmiotem przywłaszczenia stały się symbole i wartości, chociaż problem ten wydaje się być nieznany większości społeczeństwa.

Pojawia się pytanie, gdzie w tym wszystkim jest prawo, bo może omawiane zagadnienie jest natury jedynie socjologicznej lub kulturoznawczej. Skoro jednak piętnuje się przywłaszczenie rzeczy i praw, akcentując uzurpowanie ich, to czemu nie zastosować takiego podejścia do zbiorowej spuścizny, dóbr niematerialnych ważnych dla całych grup społecznych czy też tak nieuchwytnych zjawisk jak skojarzenia. Oczywiście odpowiedź na to pytanie nie jest prosta i to jej poszukiwaniu poświęcone jest niniejsze opracowanie, będące raczej zarysem problemu niż jego wyczerpującą analizą, także z tego powodu, że w niektórych kwestiach sama mam wątpliwości dotyczące oceny określonych zjawisk czy zachowań. Problematyka przywłaszczenia dóbr niematerialnych (może jedynie poza dobrami osobistymi) pozostaje na styku różnych innych zachowań, akceptowalnych lub nie, takich jak plagiat, imitacja, naśladownictwo, ale także inspiracja, asymilacja kulturowa czy wreszcie docenienie rdzennej kultury. W związku z tym czasem trudno jest rozstrzygnąć, czy zakwalifikować określone działania do któregoś z powyższych, nie są one także jednolicie oceniane. Niektórzy odbiorcy, konsumenci i oczywiście producenci nie widzą niczego złego ani w komercjalizacji, ani w przywłaszczeniu. Bardzo często nie widzimy niczego złego w zabawie i przebieraniu się w „Indian i kowboi” czy też upieramy się, co wynika być może z braku empatii, aby czytać dzieciom wiersz Juliana Tuwima z 1935 r. pt. „Murzynek Bambo” .

Poza ogólną kwestią, czy przywłaszczenie dóbr niematerialnych jest naganne, czy nie, pojawiają się kolejne zagadnienia, bardziej szczegółowe. Co, będąc przywłaszczane, powinno być przedmiotem ochrony: wiedza tradycyjna, folklor, sława, wartości, skojarzenia? Bo jeśli tak, komu powinny przysługiwać prawa (i jakie): grupom etnicznym, narodom, społeczeństwu, mniejszościom różnorakim? Kto miałby decydować, jakie im nadawać znaczenie po upływie długiego czasu i kto miałby udzielać zgody na ich wykorzystanie? Ochrona taka powinna być sui generis, autorskoprawna czy może należałoby dobra rejestrować w jakimś urzędzie? Na niektóre z tych pytań kilku ustawodawców już odpowiedziało, wprowadzając odpowiednie mechanizmy ochrony (por. dalej). Kolejne są przedmiotem debat i analiz na forach międzynarodowych. Jeszcze inne w ogóle nie są zauważane ani przez prawo, ani przez doktrynę. Sądzę jednak, że ta sytuacja będzie się zmieniała, gdyż miejsce polityki konsumpcji musi zająć bardziej „czułe”, trawestując noblistkę , podejście do świata, czyli takie, które uwzględnia nie tylko zysk i rynek, ale także skutki – dla klimatu, ziemi, zwierząt, ale także uczuć innych ludzi i wspólnot. Być może pandemia COVID-19, która szaleje po świecie w czasie, gdy piszę tę książkę, zmieni nas na lepsze i staniemy się bardziej wrażliwi na potrzeby, także duchowe, innych .

Niemniej jednak dość powszechnie dostrzega się niebezpieczeństwo zaniku czy erozji wiedzy tradycyjnej i folkloru, które w wielu miejscach na świecie stają się jedynie atrakcją turystyczną, przedstawieniem wyzutym z pierwotnych znaczeń. Coraz częściej przedstawiciele grup zdominowanych lub państw biedniejszych, dawnych kolonii, zwracają uwagę na problem komercjalizacji ich dziedzictwa i z większą niż dotychczas odwagą żądają ochrony także na forach międzynarodowych i w organizacjach, takich jak UNESCO czy WIPO. W ramach tej ostatniej organizacji powstał zespół , którego zadaniem jest prowadzenie negocjacji w celu stworzenia tekstu międzynarodowego dokumentu prawnego zapewniającego skuteczną ochronę tradycyjnej wiedzy, tradycyjnych form wyrazu kulturowego i zasobów genetycznych. Początkowo przyjęto dwa założenia: ochrona dziedzictwa kulturowego może być oparta na monopolu, przyznawaniu praw pozytywnych autorskich bądź patentowych, zaś o jego wykorzystaniu decyduje osoba uprawniona, która może udzielać licencji na korzystanie z wiedzy tradycyjnej bądź chronić ją przed nieuprawnionym korzystaniem z niej przez osoby trzecie. Drugi sposób ochrony można nazwać defensywnym. Polega na gromadzeniu wiedzy tradycyjnej przez państwo, czego przykładem jest np. hinduska wiedza tradycyjna, która została już zawarta w indyjskiej bibliotece cyfrowej. W latach 90. rząd Indii doprowadził w licznych postępowaniach przed Europejskim Urzędem Patentowym do unieważnienia patentów przyznanych w zakresie tradycyjnej lokalnej wiedzy medycznej, która została zdygitalizowana, wprowadzona do biblioteki i w ten sposób przekształciła się we wcześniejszy stan wiedzy .

Komitet WIPO pracuje od 2001 r. i jego podejście do tematu ochrony wiedzy tradycyjnej i folkloru ewoluowało na przestrzeni lat. Obecnie zdaje się zwyciężać podejście sui generis do ochrony wiedzy tradycyjnej, które zakłada bezterminową ochronę praw zbiorowych . Wypracowanie dokumentu satysfakcjonującego wszystkie zainteresowane strony jest trudne, o ile w ogóle możliwe. Wydaje się, że główną przeszkodę na tym polu stanowią oczywiście interesy majątkowe tych, którzy na braku ochrony korzystają. A są to przede wszystkim korporacje (amerykańskie czy europejskie), celebryci, projektanci mody, artyści, głównie biali (kwestie koloru skóry czy pochodzenia są kluczowe dla problematyki przywłaszczenia kulturowego). Tym bardziej, że dotychczasowe regulacje prawne, także te z zakresu prawa własności intelektualnej, im sprzyjają. Nie należy ukrywać, że bardzo często tym, co przesądza o nabyciu uprawnień do określonego dobra intelektualnego, są pieniądze, zwłaszcza w systemach, gdzie prawo powstaje na skutek rejestracji we właściwym urzędzie. W innych przypadkach sprytne koncepcje „dobra wspólnego” czy „domeny publicznej” pozbawiają wyłączności tych, których kultura wytworzyła określone dobra.

Z komercjalizacją i przywłaszczeniem związane jest także zjawisko „brandingu”, polegające na tworzeniu charakterystycznego znaku i nazwy produktu oraz ich reklamowaniu, prowadzeniu kampanii o spójnym temacie lub też „na kształtowaniu marki w świadomości nabywców, ukazaniu jej wizerunku w pozytywnym świetle, wszelkie działania służące wzbudzeniu wśród nabywców skojarzeń marki z danym produktem oraz łatwiejszą identyfikację produktu wśród konkurencji” . Stworzenie takiej „marki” wyróżnia produkt czy usługę przez tworzenie skojarzenia pozbawionego często pierwotnego znaczenia. Zjawisku temu nie oparły się także tradycyjne słowa, obrazy, symbole, wzory, muzyka, choć zwykle wykorzystywane są przez ludzi, którzy z daną kulturą mają niewiele wspólnego. Przykładem mogą być nazwy amerykańskich drużyn futbolowych, złożonych z białych zawodników, takie jak np. Red Skins, obraźliwe dla rdzennych mieszkańców Ameryki, ale posiadające ogromną wartość marketingową (por. dalej).

Nie jest to zjawisko nowe – dawne wzory pojawiały się na dywanach, tradycyjna muzyka była włączana do ethno i house, powstawały tzw. albumy „world music”, symbole były zaś wykorzystywane jako znaki towarowe, takie jak np.: „Indian Belle”, znak towarowy zarejestrowany w Stanach Zjednoczonych dla owoców cytrusowych . Podobnie regulacja prawna dotycząca oznaczeń geograficznych umożliwia jednym podmiotom monopolizację nazw, nawet jeśli w rzeczywistości nie mają największego albo istotnego wkładu w powstanie określonego produktu.

Symbole, obrazy czy wzory, takie jak np. tatuaże maoryskie czy rdzenne fryzury (dredy, warkoczyki), są również wykorzystywane w celach niekomercyjnych – wówczas kwestia ich przywłaszczenia wydaje się mniej oczywista. To samo dotyczy szeroko pojętej sztuki czy działalności twórczej – muzyki inspirowanej obcymi brzmieniami, architektury czy projektowania ubrań z „zapożyczeniami”. Czy takie działania także należy uznać za nieuprawnione przywłaszczenia kulturowe, czy jednak za normalną i konieczną „fluktuację międzykulturową”? A może docenienie odmienności? Odpowiedzi na te pytania nie są, w moim odczuciu, proste ani jednoznaczne, zależą od wielu czynników, takich jak intencje korzystającego, zgoda uprawnionego, cel korzystania, podział zysków itp. Inaczej także podejdą do tego te narody, które są bardziej zróżnicowane kulturowo i etnicznie, inaczej zaś te, które – jak Polacy – są dość homogeniczne, a w każdym razie tak chcą być postrzegane. Zapewne tam, gdzie istnieje skłonność do refleksji, a otwartość na zmiany i nowości jest duża, poruszenie problematyki przywłaszczeń kulturowych spotka się z większym zrozumieniem. W środowiskach zaś, w których wszyscy powinni być tacy sami, a obcy oznacza wroga, takie przedstawienie tego zagadnienia spotka się wyłącznie z bezproduktywną krytyką i sprowadzi do niczego niewnoszących do dyskusji komentarzy na Twitterze czy Facebooku.

Niemniej jednak wydaje się, że warto poświęcić chwilę na spokojne zastanowienie się nad dziedzictwem kulturowym własnym i cudzym.

Katarzyna Grzybczyk

Autor fragmentu:

RozdziałI
PRZYWŁASZCZENIE KULTUROWE

1.Pojęcie przywłaszczenia kulturowego

Pojęcie przywłaszczenia kulturowego pojawiło się w latach 80. XX wieku w dyskusjach akademickich, głównie na amerykańskich uniwersytetach, a następnie wszędzie tam, gdzie istnieją wciąż duże skupiska ludności rdzennej, tubylczej (ang. indigenous peoples) . W Polsce poświęca się temu zagadnieniu stosunkowo niewiele miejsca w dyskusjach tak naukowych, jak i popularnonaukowych. Pojawia się ono czasem w kontekście, istotnym z punktu widzenia skutków, wykorzystywania tradycyjnych artefaktów przez jakichś celebrytów podczas np. Halloween czy innej zabawy przebierańców. Wówczas jednak nacisk położony jest głównie na ośmieszenie lub wyrażenie podziwu dla znanej osoby, choć zwykle nie towarzyszy temu żadna pogłębiona refleksja nad przywłaszczeniem i komercjalizacją.

W języku angielskim przywłaszczenie określa się mianem appropriation, które jest pochodną łacińskiego słowa appropriare, oznaczającego „ustanawiać (coś czyjąś) własnością”. Appropriare wywodzi się z kolei z łacińskiego rdzenia prop...

Pełna treść dostępna po zalogowaniu do LEX